O projekcie „Wawa mówi”

27 Październik 2016

Wczoraj byłam na pewnym spotkaniu.
Zacznę od tego, że bardzo zdziwił mnie mail, w którym zostałam na to spotkanie zaproszona. Pomyślałam sobie jednak, że skoro mogę mieć na coś wpływ, to pójdę na to spotkanie. W końcu to była środa i nie pracowałam tego dnia.
Spotkanie dotyczyło projektu, jak w temacie. Przyszło na nie kilkanaście osób niewidomych i słabowidzących a dwie uczestniczyły wirtualnie przez komunikator.
Otóż urząd miasta wyznaczył pewien obszar, który oznakuje beaconami, których sygnał będzie odbierany przez aplikację w telefonach osób niewidomych. Beacon coś tam będzie sobie nadawał a aplikacja przetworzy to na odpowiedni komunikat. Naszym zadaniem było wybrać 30 takich miejsc, opracować komunikaty, a także opracować standardy co do takich oznakowań na przyszłość. Mam nadzieję, że dobrze się wyraziłam.
Na dzień dobry nie było wiadomo, co to jest „miejsce”. Czy to jest punkt, czy to jest trasa z punktu do punktu, czy może jakiś konkretny obszar. Tymi miejscami nie mogły być sklepy czy knajpy, bo to prywatne, a niektórych najbardziej by to interesowało.
Padło wiele propozycji, większość słusznych, niektóre moim zdaniem nie, no bo kto z niewidomych sam chodzi do muzeum. Może ktoś chodzi. Ja nie znam. No chyba, że idzie z jakimś niekumatym przewodnikiem, którego może poprowadzić, to w tej sytuacji popieram.🙂
Od razu założyłam sobie, że nie chcę brać udziału w tworzeniu komunikatów, bo jestem zbyt subiektywna i to, co jest dobre dla mnie, może nie być dobre dla kogoś innego. Zakładałam, że będę testerem. Liczyłam na to, że będzie gotowa aplikacja, będą nadajniki, a takie szaraczki, jak ja, będą to testować. Otóż nie.
Testowanie będzie polegało na tym, że osoba niewidoma z osobą widzącą będą chodzić po tych miejscach, a osoba widząca z kartki będzie czytać komunikaty w tych miejscach,w których powinna je wygłosić aplikacja w telefonie.
Bałam się takiego testu. Nie wyobrażam sobie, żeby podczas takiego testu osoba niewidoma z widzącą szła pod rękę, bo aplikacja służy do samodzielnego chodzenia. Zakładam, że aby skorzystać z aplikacji, muszę użyć słuchawki, która mi mówi prosto do ucha. A tu słuchawkę ma zastąpić jakiś niekumaty wolontariusz z kartką w ręku, który by szedł może przede mną, może za mną, może w tłumie, może po schodach, może przez ruchliwą jezdnię, może, może, może… A może przeczyta wtedy, kiedy trzeba, a może wtedy, kiedy nie trzeba, za blisko, za daleko, nie w tym miejscu, w końcu to tylko człowiek, nie oprogramowanie w telefonie. Może czytanie przez człowieka się sprawdzi, a potem okaże się, że w beaconie bateria za słaba, pojawia się i znika, jak ta tablica na Młocinach. Nadal trochę się boję iść z gadającą słuchawką, bo muszę skupić uwagę jednocześnie na komunikatach i na drodze. A człowiek? Jeśli nie znam człowieka, to jest to samo, co jak obcy człowiek kieruje mną z odległości, czego przecież nie lubię. Nie zaufam obcej osobie, bo nie wiem, kim jest, czy jest uważna, czy podczas takiego testu nie stanie mi się krzywda, bo skupiając się na komunikatach np spadnę ze schodów, albo stanie mi się coś innego, a wolontariusz wpatrzony w kartkę nie ostrzeże mnie. A może zgubię go w tłumie? Nie wiem. Za duże ryzyko. Nie podjęłam się takiego testu.
Urzędnicy miejscy twierdzą, że wśród niewidomych jest zbyt małe zainteresowanie pobieraniem już gotowej aplikacji do odbierania takich informacji z beaconów. Moim zdaniem przyczyny są dwie, z czego jedną jedna z pracownic PZN powiedziała głośno.
Otóż:
1. W jednym z ważnych dla osób niewidomych miejsc te beacony po prostu przestały działać, o czym jest reportaż. Inne takie oznakowania są w miejscach, do których chyba niewidomi rzadko jeżdżą.
2. I ważniejsze – w sklepach z aplikacjami na smartfony jest stara wersja tego oprogramowania do odbierania informacji. Po aktualną wersję trzeba napisać mail pod adres tajny przez poufne, znany tylko nielicznym pracownikom ZGPZN. Na dodatek można otrzymać na ten mail odpowiedź, lub jej nie otrzymać.
A przy okazji przyznam się do czegoś. Będzie to trudne, ale w końcu prawie 9 miesięcy po otrzymaniu w prezencie programu SeeingAssistant Move muszę się do tego przyznać. Będzie to bolesne dla niektórych czytelników, że palcem nie wskażę.
Otóż po 9 miesiącach niewiele umiem.
Miałam iść do pewnej fundacji na pewien kurs, ale ankieta gdzieś zaginęła. Potem poszłam na pewne szkolenie. Tu spuszczę zasłonę milczenia. Powiem tylko, że chyba dzięki temu szkoleniu dostałam zaproszenie na to spotkanie. Czytanie podręcznika szybko mnie zniechęca. Umiem monitorować trasę, którą idę lub jadę, ale nagrywanie trasy, zapisywanie punktów i ich wykorzystanie, to dla mnie jakaś abstrakcja. Wyobrażam sobie, że jest to zbyt skomplikowane, no i tam, gdzie trafię, to nie jest mi to potrzebne, a gdzie nie trafię, to i tak bałabym się tego użyć, bo mogłoby to wymagać ode mnie zbyt wielu ruchów i kliknięć, co trzeba zrobić na ulicy.
A wracając do spotkania, mam nadzieję, że nic nie pominęłam i niczego nie przekłamałam.
A o Trambusie, o którym miał być kolejny dzisiejszy wpis, napiszę jutro, bo mi się już dzisiaj pisać nie chce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: