Wpis o kolejnym spotkaniu ze służbą zdrowia

22 Październik 2016

Mam dużo do uzupełnienia, bo dużo działo się rzeczy, które chcę opisać, a tu noc nadciąga. Pojadę więc kluczem chronologicznym.
Przez półtora dnia do wczoraj chodziłam obolała, w sumie nie wiadomo dlaczego. Zaczęło się to dość nagle w środę po południu. Nic się nie wydarzyło, nigdzie się nie uderzyłam, nie przewróciłam, ale zaczęłam odczuwać kłujący ból gdzieś poniżej lewej łopatki. Pojawiał się, niczym ukłucie szpilki w momentach niespodziewanych. Nie byłam w stanie ani leżeć, ani siedzieć, ani oddychać, ani się śmiać, ani się schylić, ani podnieść ręki bez tego nagłego ukłucia. Kiedy już chciałam spać, żadna pozycja nie była wygodna, najmniej bolało, gdy leżałam na brzuchu.
Przez cały następny dzień chodziłam tak z tym bólem myśląc optymistycznie, że samo jakoś przejdzie. Kiedy przyszłam do domu, wzięłam jakiś proszek, posmarowałam się maścią, zawinęłam się w coś ciepłego i tak przetrwałam resztę dnia. Wydawało się, że faktycznie ból minął. Przeraziłam się więc, gdy następnego ranka, czyli wczoraj, obudziłam się z bólem żeber. Ten ból był już ciągły i nie pozwalał zaczerpnąć powietrza. A tu trzeba było bezwzględnie iść do pracy, bo już wystarczy, że kolega zachorował, na dodatek w perspektywie wieczorem miałam fajne zajęcia, na które trzeba było przejechać pół miasta.
Wyszłam z domu trochę wcześniej i gdy już dojechałam, zamiast prosto do pracy, skręciłam do pobliskiej przychodni, do której obecnie jestem zapisana i o wydarzeniach w której pisałam już tutaj nie raz. Pomyślałam sobie – mam jeszcze ponad pół godziny, co mi szkodzi podejść do rejestracji i zapytać o numerek do lekarza internisty. W tej przychodni zawsze mam więcej szczęścia niż rozumu.
Pani w rejestracji natychmiast zadzwoniła do dyżurującego lekarza, który zapytał, z czym przyszłam i postanowił natychmiast mnie przyjąć, choć za 20 minut kończył już swoją pracę.
Kiedy już znalazłam się w gabinecie, w ogóle nie chciał słuchać, co mam mu do powiedzenia, tylko zaczął badać mi brzuch, liczyć żebra, co mnie mocno ubawiło, a następnie kłuł mnie w te żebra, co – rzecz jasna – sprawiało mi ból. Potem dopiero usiłował mnie wysłuchać, ale chyba i tak już wysnuł swoją teorię. Napisał mi skierowanie na rentgen klatki piersiowej i zalecił, że natychmiast powinien to obejrzeć inny lekarz, bo on już za chwilę kończy pracę, ale do godz 20 są tu inni lekarze i to musi być zrobione teraz, już.
Gdy podeszłam ze skierowaniem do rejestracji, dowiedziałam się tam, że opis tego prześwietlenia to będzie dopiero może w poniedziałek, może we wtorek. Poszłam więc, usiadłam w kolejce i czekałam. Gdy tak siedziałam, znowu ten lekarz przyszedł do mnie i powtórzył, że koniecznie to prześwietlenie musi zobaczyć dzisiaj inny lekarz. Ja mu na to, że jest to niemożliwe, gdyż opis dostanę dopiero za dwa lub trzy dni. On na to, że inny lekarz musi to zobaczyć choćby na ekranie komputera, bo „choć nie jest radiologiem, to przecież ma oczy”.
Nie potraktowałam tego polecenia zbyt poważnie.
Pod rentgenem zanosiło się na bardzo długie czekanie, bo choć przede mną nie było wielu osób, to jednak, gdy ktoś tam wszedł, to długo stamtąd nie wychodził, a nikt kolejny nie był wołany do środka.
Dość szybko zorientowałam się, że w środku pracują dwie panie, prawdopodobnie w dość zaawansowanym wieku, które mają problemy techniczne.
A tym czasem do kolejki dochodzili kolejni i kolejni pacjenci i cały ten tłumek zaczął się irytować.
Ponieważ ból żeber nieco zelżał, wprawiło mnie to w dobry humor. Zaczęłam więc głośno komentować całą tę sytuację.
– Co one tam robią za tymi drzwiami? Chyba stwarzają świat!
Po pacjentce, która weszła przy mnie jako pierwsza, wszedł jeszcze jeden pan, a ta pani nadal długo stamtąd nie wychodziła.
Na dodatek w jakimś gabinecie naprzeciwko inna pani opowiadała głośno prawdopodobnie drugiej pani – koleżance z pracy:
– I na widok tych śledzi dostałam ślinotoku. Ktoś by pomyślał, że w ciąży jestem, ale ja w ciąży nie miałam takich zachcianek, a teraz tak mi się śledzi chce.
Zaczęłam śmiać się półgłosem.
– Ha ha! Myślałam, że tylko u nas w pracy tak się rozmawia!
A tym czasem z gabinetu, gdzie był rentgen, też dało się słyszeć głosy:
– Halinko, może teraz ja zrobię!
– Nie! Ja zrobię!
– ale może jednak ja zrobię! Trochę się poruszam!
Po chwili jedna z tych pań wychodzi i już chce wołać następnego pacjenta, gdy tamta pani ze środka krzyczy:
– Poczekaj! Jeszcze nie wgrałam!
Kolejka siedziała i komentowała, że są dwie, a ruszają się, jak muchy w smole.
Po bardzo bardzo długim czasie w końcu ja weszłam. Najpierw stanęłam przodem do tej szyby, wiecie, o czym mówię. Potem było długo, długo nic, potem musiałam odwrócić się tym bolącym bokiem i podnieść ręce nad głowę. A pani komenderowała:
– Proszę stanąć prosto! Nogi prosto, bo ukośnie mi pani stoi!
A potem musiałam przejść do kabiny, gdzie się rozbierałam, ubrać się i czekać.
I to był ten moment.
Konspiracyjnie uchyliłam drzwi na korytarz i oświadczyłam.
– Już wszystko wiem. Nie mogę stąd wyjść. Panie mi każą siedzieć i na coś czekać.
Jedna z osób w kolejce sugerowała, żebym jednak wyszła na korytarz i tam poczekała. Odpowiedziałam jej, że nie mogę. A z resztą, co by to dało. Przecież i tak kolejna osoba by nie weszła, bo obie panie z rentgena jakieś tam czary-mary nad technicznymi urządzeniami odprawiały.
Pamiętam, że gdy usiadłam w kolejce do rentgena, to było jeszcze jakieś 10 min przed dziesiątą, a do pracy, która jest niemal po sąsiedzku, dotarłam o godz 11. Przede mną prześwietleniu poddały się – o ile dobrze pamiętam – 4 osoby. Czujecie to?
Ale to jeszcze nie koniec. O nie!
Zanim poszłam do pracy, podeszłam jeszcze do rejestracji i mówię tak:
– Pan doktor, który mnie badał, miał do mnie taką nietypową prośbę…
W tym momencie odezwała się jedna z rejestratorek, bo było ich dwie.
– Tak. wiem, o co chodzi. – Powiedziała teatralnym półgłosem. – Bo (tu padło nazwisko doktora) powiedział, że jest podejrzenie złamania żeber.
Mnie na moment zatkało.
Po chwili powiedziałam jednak, że to niemożliwe, że ja teraz nie mam czasu, bo już spóźniłam się do pracy i że proszę bardzo, ale mogę przyjść w tej sprawie po 15:30.
Na tym stanęło.
Po południu był ciąg dalszy.
znów przychodnia, rejestracja, pani rejestratorka, która „wiedziała, o co chodzi”, znów telefon do kolejnej lekarki, czy mnie dodatkowo przyjmie, bo… …tu coś ściszonym głosem, i znów znalazłam się pod gabinetem.
Po chwili pani doktor owszem przyszła, zapytała, czy ja to ja, potem przyszła do niej rejestratorka, przyniosła tę płytkę i zamknęły się w gabinecie, a ja siedziałam na korytarzu i czekałam na wyrok.
Po chwili obie z tego gabinetu wyszły i gdzieś zniknęły. Chyba ta lekarka powiedziała, że idzie do rentgena. Dalej siedziałam więc i miałam ochotę tak naprawdę stamtąd uciekać. A tym czasem zaczęła tworzyć się kolejka pacjentów, zaniepokojonych, że pani doktor niby jest, a jakby jej nie było… …a ja wyobrażałam sobie najgorsze rzeczy. Co ta pani doktor takiego tam wykryła, że tak długo nie wraca? Nawet nie chciałam nazywać tego po imieniu.
W końcu pani doktor wróciła i zawołała mnie do gabinetu.
Skoro mnie woła – pomyślałam sobie – to pewnie ma mi do powiedzenia coś bardzo strasznego.
Weszłam, usiadłam, a pani doktor mówi do mnie tak:
– NO, udało mi się w końcu odczytać ten obraz i nic tam nie ma. Boli panią? NO to proszę brać środki przeciwbólowe 3 razy dziennie.
Ech…
Od tej pory będę ignorować wszelkie niepokojące objawy dotyczące czegokolwiek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: