Może wreszcie napiszę coś więcej o Kąciku pod Wieżą

12 marca 2016

O kąciku już nie raz pisała Aśka np tutaj, ja też pisałam w różnych kontekstach, ale wreszcie nadszedł czas, żebym napisała swoją historię.
Dla formalności napiszę, że Kącik znajduje się na ul Piwnej przy klasztorze Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i kościele pw Św Marcina. Prowadzi to siostra Ludmiła i Ewa. S Ludmiłę poznałam wiele lat temu. Zaczęłam wtedy pracować i mieszkałam na stancji. Teraz organizowała wyjazd do Olsztyna, o którym pisałam w sierpniu a Ewa jest żoną Jacka.
O Kąciku dowiedziałam się chyba z Typhlosa. Ogłoszenie brzmiało bardzo zachęcająco. Było tam coś, czego nie było nigdzie indziej. A już hasłem, które mnie przyciągnęło, było hasło „rękodzieło”. To jest coś, o czym marzyłam od dawna. Miejsce, gdzie można przyjść i zrobić coś ręcznie.
Kiedy poszłam tam pierwszy raz, byłam zachwycona. Czułam się, jak księżniczka. Przed sobą miałam filiżankę z kawą i warsztacik, na którym robiłam pierwszą zabawkę, a w tym czasie Jacek konfigurował mi telefon i uczył gestów. Tak więc siedziałam sobie, a to przerobiłam parę oczek, a to łyknęłam kawy, a to głasknęłam telefon, jeszcze do tego toczyła się ożywiona dyskusja. Na przeciwko mnie dwie dziewczyny grały w karty.
Wróciłam wtedy tak podbudowana, że miałam ochotę na bardzo entuzjastyczny wpis. Ale pomyślałam sobie – poczekaj Danuaria, spokojnie, zbytni entuzjazm na samym początku do niczego dobrego Cię nie zaprowadził. W końcu moje doświadczenie życiowe podpowiada mi, że każda inicjatywa, w którą wchodziłam z wielkim entuzjazmem, kończyła się awanturą i rozstaniem z wielkim hukiem. Tak było z Lutnią, Chórem Katedralnym, Klango, Stowarzyszeniem Pomocy Świnkom Morskim i Światłownią. Rzecz jasna rozstanie z wielkim hukiem miało miejsce po roku, dwóch lub trzech. Obawiam się więc, że to samo będzie miało kiedyś miejsce z Kącikiem pod Wieżą. Już się tego boję i zastanawiam się, co będzie tego powodem.
Ale wróćmy na razie do tego, co jest tu i teraz, bo jeszcze tego wpisu nie skończyłam.
Robienie zabawek bardzo mi się spodobało i szybko wpadłam na pomysł, żeby te zabawki sprzedawać a pieniądze ze sprzedaży przeznaczać na rzecz Kącika. Ale chyba ten pomysł się nie przyjął. Rękodziełem jestem zainteresowana tylko ja, s Ludmiła ma niewiele czasu na wykańczanie tych zabawek, ja nie nauczyłam się ich wykańczania, czyli zszywania i wypychania. Ewa chwali mnie przed wszystkimi, jakie ja „cuda” robię, a ja wiem, że to jest zwyczajne oszustwo, bo kawałki dzianiny robione na okrągłym warsztaciku są zawsze takie same. Różnią się jedynie długością i obwodem, czyli rozmiarem warsztaciku, na jakim są robione. Ja robię więc kawałki dzianiny w kształcie rury, a te „cuda”, to jest potem praca s Ludmiły, albo mojej mamy, którą wciągnęłam w czasie urlopu w robienie kwiatów. Potem na koncercie było powiedziane, że ja wykonałam kwiaty, a tak naprawdę, to wykonała je mama. Ja tylko dostarczyłam półproduktów.
zabawki robione na drutach były niemal całkowicie od początku do końca robione przeze mnie. Cały kształt zabawki był formowany poprzez dobieranie i spuszczanie oczek na drutach. Jest przy nich więcej pracy, bo trzeba je obszyć dookoła, ale będąc w liceum umiałam szyć na okrętkę, więc praktycznie robiłam to sama. No, może z wyjątkiem dorabiania jakichś oczu, nosa, czy doszywania uszu. Ale to było naprawdę moje. A tu mam wrażenie, że na niewiele rzeczy mam wpływ. Liczyłam na jakąś aprobatę ze strony s Ludmiły na to, co jej pokazałam z wzorów zabawek robionych na drutach, ale chyba się to nie spodobało. Liczyłam na jakieś konsultacje dotyczące proporcji itp, ale coś nie wyszło. Mam pewne marzenia związane z tym robieniem zabawek, ale brakuje mi umiejętności ich wykańczania, albo osoby z wolnym czasem, która umie to robić.
Podejrzewam,, że zdjęcia tego co wykonuję mogą być tutaj.
Mam też zdjęcia, których z pewnością tam nie ma, ale nie umiem ich wstawić. Zajmę się tym później. Teraz dokończę wpis, bo jeszcze nie skończyłam.
Kącik jest czynny w piątkowe wieczory, a także w weekendy popołudniami. Mam okazję, żeby ruszyć się z domu, jeśli akurat jest coś, co mnie zainteresuje, albo wiem, że się nic nie dzieje i można wtedy ograć Ewę w Reversi. Bo na stanie Kącika od pewnego czasu są dwie gry planszowe: Chińczyk i właśnie Reversi.
Kiedyś poszłam na koncert Katarzyny, która śpiewa piosenki Jacka Kaczmarskiego i swoje własne. Poszłam nie ze względu na Kaczmarskiego, ale ze względu na nią. Konwencja koncertu tak mi się spodobała, że uznałam, że ja też tak chcę, no i dzięki temu doszło do mojego koncertu.
Ma rację Aśka pisząc, że Kącik wypełnia pewną niszę. Ja bym tego nie nazwała niszą na rynku, lecz niszą w potrzebach osób niewidomych. To nie jest projekt, na który ktoś bierze kasę z PFRON czy od innego sponsora. Nie ma czegoś takiego, że ktoś narzuca, co powinniśmy lubić i czego się uczyć, nie ma jakichś dziwnych pomysłów. Za istnienie Kącika odpowiada każdy, kto tam przychodzi, wrzucając ofiarę do puszki, żeby Kącik dalej mógł działać. Obawiam się tylko, że to umrze, bo albo ludzie przestaną wrzucać pieniądze, albo którejś z inicjatorek tego pomysłu stanie się coś złego. Zawsze mam pecha, że gdy wchodzę w coś, co jest fajne, to to coś szybko się kończy.
Ostatnio powstaje przy Kąciku nowa inicjatywa, czyli wolontariat.
I tu dochodzę do sedna tego wpisu, bo wpis miał mieć tytuł „KPW, czyli Klęska pod Wieżą”, ale wtedy mogłoby to być nie tak odebrane.
No bo wczoraj przeżyłam osobistą klęskę.
Poszłam do Kącika posłuchać tekstów Matki Czackiej, założycielki zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża i zakładu w Laskach, o krzyżu i cierpieniu. Wiedziałam, że będę się bała wracać po nocy, więc postanowiłam, że w odpowiednim momencie po prostu przeproszę wszystkich i pójdę na autobus.
No i wszystko było w porządku, dopóki s Ludmiła nie skończyła czytać. Zrobiła się wtedy taka ciężka i niezręczna cisza, którą głupio było przerwać stwierdzeniem, że właśnie dziękuję bardzo, cześć, do widzenia, wychodzę. Cisza była niezręczna, w końcu została przerwana propozycją, żeby wszyscy się przedstawili. Było nas kilka osób, chyba byłam jedyną osobą niewidomą w tym gronie. Oprócz Ewy i s Ludmiły sami obcy ludzie. Ewa mówi do mnie – no, Danusia, odezwij się. Burknęłam coś w stylu – yyy… no, odzywam się.
Zachowałam się, jak jakiś najgorszy dzikus. Potem ci ludzie zaczęli rozmawiać między sobą, czymś tam się zachwycać, uznałam, że czas wyjść. Wstałam więc, powiedziałam, że wychodzę, i nagle okazało się, że czar prysł, rozwaliłam całe spotkanie, bo nagle okazało się, że jedna z tych osób miała mnie odprowadzić do domu. Jechałam z nią i jej… …nie wiem… mężem, chłopakiem, kolegą… …nie wiem. On był samochodem. Ja im mówiłam, jak mają jechać, ale oni oczywiście wiedzieli lepiej i zabłądzili. Opowiadali mi o sobie, obiecywali złote góry, ktoś ma ze mną chodzić na spacery, tylko mam poprosić, ale to jakiś facet i do tego ze 2 razy młodszy ode mnie. Nie wiem, czy chcę. Zapowiedziałam, że dopóki nie pojawi się w Kąciku i tam go nie spotkam i z nim nie porozmawiam, to nici z tego.
Już dawno przestałam wierzyć w różnego rodzaju obietnice. Ale to temat na całkiem inny wpis.
Na dodatek oni wszyscy są z jakiejś wspólnoty z miłosierdziem w nazwie. Na słowo „wspólnota” mam alergię.
Tak się wczoraj zbłaźniłam przed tymi ludźmi, że teraz z lękiem będę szła do Kącika. Mam jeszcze jakieś pisanki do dorobienia, więc muszę się pojawić tam choć raz, żeby je zanieść, bo w końcu obiecałam. A potem? hmmm… …nie wiem, co dalej będzie.

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Może wreszcie napiszę coś więcej o Kąciku pod Wieżą”

  1. Danuario, Z tą niszą, to chodziło mi o niszę na rynku potrzeb osób niewidomych, czy jakby tam tego nie nazwać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: