Bruksela i nie tylko z perspektywy czterech zmysłów

29 maja 2015

Powiem tak:
Po tym wyjeździe do siostry byłam fizycznie zmęczona i cały tydzień chodzę niewyspana, ale psychicznie, to zresetowałam się do tego stopnia, że do dziś nie chciało mi się wejść na blog, żeby cokolwiek napisać. Z wyjazdu przywiozłam dużo słodyczy i zdjęć, których nikt z braku czasu nie chce oglądać.
Moim celem było jak najwięcej poczuć, usłyszeć, dotknąć i posmakować i osiągnęłam ten cel. To był bardzo fajny wyjazd.
W sobotę przed południem pojechaliśmy wszyscy pod Waterloo na Kopiec Napoleona. Bardzo fajne, ciche miejsce. Pachniało tam trawą, jak na polu. Kopiec jest usypany z ziemi, porośnięty trawą i zrobione są schody. Naliczyłam ich 225. Jest tam dość wąsko. Trzeba uważać podczas mijania się z osobami idącymi w przeciwnym kierunku. Moja siostra widziała tam nawet dwóch bliźniaków około roku, jak na czworakach zasuwali po tych schodach do góry.
Potem jeszcze poszliśmy do muzeum. siostrze podobały się animacje przedstawiające różne sceny bitewne i inne. Ja miałam audio przewodnik w języku angielskim, ale słuchałam go po łebkach. Nie był to jakiś specjalny przewodnik dla niewidomych. Po prostu były tam kwestie, jakie zapewne mówiłby przewodnik do grupy. Na audiodeskrypcji szczególnie mi nie zależało. siostra dość szczegółowo opowiadała mi, co widzi. Audio przewodnik działał na tej zasadzie, że eksponaty były ponumerowane i podchodząc trzeba było odpowiedni numer wybrać na aparacie. Były też miejsca, w których należało aparat przyłożyć do szyby, ale tak do końca nie wiedzieliśmy po co. Trochę tam był bałagan organizacyjny. Brak oznaczeń i nikogo, kto by coś podpowiedział.
Po południu pojechaliśmy tramwajem na Grande Place. Taki odpowiednik naszego rynku Starego Miasta, tylko bardziej zatłoczony i tętniący życiem. Siostra potem przyznała mi się, że gdybym nie wzięła ze sobą laski, to ciężko by nam było przedzierać się przez tłum a tak, to ludzie rozstępowali się na nasz widok. W końcu oprócz mnie była jeszcze siostrzenica lat 4 w towarzystwie spacerowego wózka. Na placu było głośno. Gdzieś grała orkiestra dęta, w innym miejscu zespół jazzowy, jeszcze w innym miejscu studenci śpiewali na całe gardło, bo mieli wieczór kawalerski, jeszcze w innym miejscu mimowie coś pokazywali. Chodziliśmy uliczkami mijając po drodze sklepy z pamiątkami, koronkami, czekoladą, restauracje i w ogóle pięknie zdobione budynki. Jadłam gofra. Tam gofry są nieco inne niż nasze. Chyba dlatego, że do ciasta dodaje się więcej cukry, który się tak karmelizuje i te gofry robią się takie gliniaste i trochę ciągnące.
Byliśmy rzecz jasna u sikającego chłopca a potem poszliśmy pasażem rybnym (to chyba tak się nazywało) do sikającej dziewczynki. Tam było spokojniej. Chyba mało kto wie o tym miejscu. Wieczorem oglądaliśmy finał eurowizji przy piwie i serach.

W niedzielę pojechaliśmy nad morze do Ostendy.
Pogoda tego dnia była piękna przez cały dzień. Niebo bez chmurki. Miasto takie wesołe. Grupa harcerzy szła z piosenką na ustach, po ulicach jeździli ludzie w takich rowerowych rikszach, gdzie kilka osób siedzi i pedałuje, albo w jakichś takich samochodach elektrycznych. Widziałam sześcioosobowy pojazd. Miał 3 siedzenia z przodu i 3 z tyłu. Cztery siedzenia po bokach miały przed sobą pedały. W dziecięcym wózku siostrzenicy wieźliśmy cały nasz dobytek. Po drodze na plażę stały takie czerwone, nieforemne, metalowe bryły i rzeźby z piasku.
Potem siedzieliśmy na plaży. Bawiliśmy się w piasku, moczyliśmy nogi w zimnej wodzie, słuchałam odgłosu fal. Akurat był odpływ. Jedliśmy też ślimaki zagryzając je frytkami, albo bułką. Znaczy ja zagryzałam bułką, bo jakoś lepiej mi to smakowało. Takie gumiaste. Ciężkie do pogryzienia.
Nigdy wcześniej nie widziałam kałuż na plaży, nagrzewających się od ciepłego piasku. Piasek jest inny niż nad Bałtykiem. Tutaj tak chrupie jak śnieg a tam jest taki jakby grubszy. A woda jest tak słona, że aż gorzka. Nie spodziewaliśmy się tak dobrej pogody. Nie byliśmy przygotowani na tak silne słońce. Strzaskaliśmy sobie twarze na czerwono. Do tej pory mam takie strupy na obrzeżach uszu. Reszta mnie już na szczęście nie piecze.
Wracając poszliśmy jeszcze na molo, które było bardzo duże.

W poniedziałek pojechałyśmy same bez facetów i małej siostrzenicy, za to z koleżanką siostry, pod Atomium. To jest taki budynek w kształcie cząsteczki żelaza, cały srebrny. Mam tutaj miniaturkę Atomium, kupioną w sklepie z pamiątkami. Jak to zobaczyłam, szczęka mi opadła. To jest taki sześcian, osiem kul jako jego rogi i jedna kula w samym środku. Kule są połączone rurkami i ten sześcian stoi tak na sztorc, tzn na jednej z kul. Rurki ukośne pomiędzy kulami, to łączniki, po których jeździ się ruchomymi schodami, a ta przekątna z dołu do góry, to jest wjazd windą na samą górę. W kulach znajdują się różne rzeczy: jakieś wystawy, restauracje, coś tam. Do środka nie weszłyśmy. Za duża kolejka. Tego się spodziewałam. Czytałam o tym w internecie. Ale to nic. Przed Atomium było wesoło. Grał jakiś zespół piosenki na styl kowbojski a w rytm tańczyły staruszki. Bardzo się to mojej siostrze i jej koleżance podobało. No fajnie grali. Spróbowałam drugiego gofra takiego z samochodu. Był lepszy od tego na Grand Placu. Mniej się ciągnął a za to był słodki jak ulepek. Pasowałaby do niego taka gorzka kawa bez dodatków. Oglądałam drzewa z taki grubymi pniami, że we trzy musiałyśmy stanąć w koło i chwycić się za ręce i takie przycięte na walce no i nie obyło się bez sesji zdjęciowej, gdzie musiałam stać z rękami do góry i imitować, że w rękach trzymam kulę od Atomium.
Potem poszłyśmy przez cichy i spokojny parking do stacji metra, bo bardzo chciałam się nim przejechać, tak w celach poznawczych. Przejechałyśmy się więc z Heysel do Beekkant, i z powrotem a potem wróciłyśmy do domu, żeby zrobić obiad. Jeszcze przed wyjazdem poszliśmy wszyscy na spacer do parku, gdzie są tzw domki chińskie. Tam kiedyś było muzeum, ale teraz domki są ogrodzone, bo jest jakiś remont, ale udało mi się obejrzeć altankę ze zdobieniami.
A potem to już na lotnisko i do Warszawy.

Ale to jeszcze nie koniec wpisu.

Siostra mieszka z rodziną w domku na obrzeżach Brukseli. Jest tam cicho i spokojnie i śpiewają ptaki, jak na Żoliborzu. Za domem jest ogródek. Bardzo lubiłam tam uciekać na leżak, żeby sobie tak po prostu posiedzieć bezczynnie. Do tramwaju to trzeba kawał iść, może nawet dalej, niż ode mnie do autobusu na Pl wilsona. A może mi się tak tylko wydawało, że było tak daleko?
Niedaleko domu jest sklep z czekoladą. Jak tam weszłyśmy, to tak tam pachniało. Chyba u nas w Wedlu tak nie pachnie jak tam, a czekoladki są na prawdę bardzo konkretne. Jak się zje jedną, to już na następną się nie ma ochoty, takie są sycące i dobre.
O gofrach i ślimakach już pisałam, ale smakowałam jeszcze inne rzeczy. Belgijskie frytki? Trochę jak pierwsze domowe mojej mamy. Też takie duże i grube, chrupiące z zewnątrz, ale miękkie w środku. Jadłam też duże krewetki i kilka rodzajów sera, przywiozłam dwa rodzaje ciasteczek i orzeszki w czerwonym lukrze, że o dwóch rodzajach czekoladek nie wspomnę. Te jedne słodsze do rozdawania, te drugie, talarki z gorzkiej czekolady z bakaliami na wierzchu, też do rozdawania częściowo ale i ja z nich skorzystałam. Tak syte, że mogą koło mnie leżeć a ja zjem jedną i wystarczy. Piłam też wino i w ciągu tych trzech dni spróbowałam chyba 5 rodzajów piwa. Niestety, ponieważ wiozłam jedynie bagaż podręczny, nie mogłam zabrać piwa do samolotu, a szkoda. To wiśniowe bardzo dobre. Dobrze nadaje się zimne w upał do leniwego siedzenia w ogródku.
Dodam jeszcze, że zjadłam tam tyle pieczywa, ile nie zjadłam przez ostatnie pół roku: bagietki, rogaliki, chleb z cukrem. Aż dziw, że nie przytyłam.
Tu w Polsce ludzie ogradzają się płotami a tam są głównie żywopłoty. Podobno pięknie to wygląda.
Ułatwienia dla niewidomych
Wszędzie widziałam kulki na przejściach dla pieszych i przy krawędzi peronów metra, przy schodach chyba też. Były też informacje w brajlu na ścianie przy schodach, w dwóch językach: francuskim i flamandzkim. W tramwajach słyszałam zapowiedzi przystanków w tych dwóch językach, ale jeżeli na jakimś przystanku można było przesiąść się w inny tramwaj, autobus lub metro, komunikaty były na ten temat również w języku angielskim i chyba niemieckim. Były też komunikaty, jeżeli tramwaj otwierał drzwi na drugą stronę i co tam jest. Niedaleko placu widziałam przystanek w tunelu, gdzie poziom niżej było metro. Tam było tak strasznie głośno, echo się niosło, jak w metrze, jeszcze te komunikaty poprzedzane głośnymi samplami i wszechobecna reklama „eurovision contest”. Był tam ruchomy chodnik, który nie jechał ani w górę, ani w dół, tylko prosto i strasznie powoli a także specjalne bramki dla osób z wózkami.
W metrze nie było zapowiedzi przystanków. Koleżanka siostry mówi, że nie ma ich w wagonach starszego typu a na nowy nie trafiłyśmy. W metrze siedzenia były plastikowe i metro częściowo jechało po powierzchni.
Pisałam o kulkach przy przejściach, ale często widziałam też prowadnice. Były chyba trochę mniej ostre i bardziej gęsto położone niż te przy Konwiktorskiej. Zazwyczaj przekraczaliśmy je w poprzek. Kiedy uświadomiłam siostrę, że to są prawdopodobnie ścieżki prowadzące dla niewidomych, coś mi pokazała: jedną ścieżkę prowadzącą prosto na żywopłot a drugą prowadzącą prosto w mur. Taka ciekawostka.
A co do zapowiedzi, dodam jeszcze, że tam nie ma tak, że dojeżdżając do przystanku, jest on znów zapowiadany. Na dodatek trzeba sobie naciskać przycisk, jak się chce wysiąść. Można ten przycisk nacisnąć wcześniej, wtedy drzwi się otworzą. Nie pamiętam, jak to jest w metrze. Też na pewno drzwi trzeba sobie otwierać. przyciski są i na rączkach przy drzwiach i na drzwiach.
A jeszcze dźwięki poprzedzające wszelkie zapowiedzi w tramwajach czy na lotnisku – powiem tak: Belgowie mają dość dziwną wyobraźnię muzyczną. Szkoda, że tego nie nagrałam, to zrozumielibyście, o co mi chodzi.
Nie słyszałam nigdzie udźwiękowienia na przejściach dla pieszych.
Mam nadzieję, że wyczerpałam temat i nic nie pominęłam. Dodam tylko na koniec, że po raz kolejny utwierdziłam się w poglądzie, że bycie matką i partnerką bądź żoną, to bardzo ciężkie zajęcie, przekraczające mój proces poznawczy.
Samej podróży samolotem i asyście na lotniskach poświęcę oddzielny wpis.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: