Bo to było tak:
Pani X z głębi kuchni mówi do pani Y obsługującej klientów – Nie ma już mintaja!
Po jakiejś minucie czy dwóch pani Y obsługująca kolejnego klienta pyta panią X w głębi kuchni – Czy masz jeszcze mintaja?!
Za jakieś pół godziny przechodziłam obok bufetu. Wtedy usłyszałam panią Z, która nawiasem mówiąc jest szefową pani X i pani Y.
Pani Z do klienta
- Czy od Pana przyjęłam mintaja? Niestety mintaja nie ma!
Ech ludzie… Gdzie Wy macie słuch?… a przy okazji gdzie wy macie głowę?

Scenki komunikacyjne

24 Luty 2012

Znów chcę przedstawić parę pozytywnych zachowań kierowców miejskich autobusów i tramwajów, które należy popierać i mówić o nich.
Po nocnych przeżyciach z rańca przywitał mnie “pan autobus” przedstawiając mi się z… numeru i kierunku.
A tak na poważnie – przechodziłam koło stojącego na pętli autobusu 181 a kierowca siedzący w środku po prostu na mój widok uruchomił komunikat w głośniku zewnętrznym – jaki to numer autobusu i w którym kierunku jedzie.
Kiedyś już też mi się to zdarzyło, również rano. Może to był nawet ten sam kierowca? W każdym razie bardzo mądry odruch.
A po południu gdy wracałam z pracy “pan tramwaj” zapytał mnie, czy chcę nim jechać.
A tak na poważnie – chyba ten tramwaj przyjechał jako drugi i jako drugi otworzył drzwi. Jadąc bardzo powoli motorniczy wychylił się przez okienko czy drzwi :? i zapytał – trzydzieści pięć?
Pokręciłam przecząco głową na co kierowca nie otwierając drzwi gdyż nie musiał – pojechał sobie dalej.
I tak mogliby robić wszyscy kierujący tramwajami.

Śniło mi się, że znów śpiewałam w chórze i pojechałam z tym chórem na warsztaty. To w związku z tym, że do Warszawy miał przyjechać premier Węgier a my na uroczystości z tym związanej mieliśmy śpiewać jakieś utwory w tym np nowe opracowanie Roty.
Warsztaty odbywały się gdzieś na obrzeżach Warszawy przy dużej ulicy, którą jeździł tramwaj oraz autobus NVDA To była linia autobusowa, na której jeździły takie pojazdy, które po zatrzymaniu się na przystanku ogłaszały komunikat o swoim przyjeździe syntezatorem AGata.
No więc byłam sobie na tych warsztatach i było mi tam strasznie źle. Podobnie jak na ostatnich warsztatach, w których z tym chórem uczestniczyłam o czym można poczytać na Klangoblogu.
Działo się ze mną coś takiego, że byłam w dwóch miejscach jednocześnie – na próbie chóru i na przystanku autobusowym. Właśnie okazało się, że już od trzech godzin nie przyjechał żaden autobus NVDA. W końcu podszedł do mnie jakiś młody facet i zapytał – proszę pani, nie wie pani co się dzieje z autobusem NVDA? Czekam już 7 minut i nie przyjeżdża.
Ja na to:
- Siedem minut to pikuś! Tego autobusu nie ma już od kilku godzin. Ale za to jest przecież tramwaj.
Faktycznie – co jakiś czas było słychać przejeżdżający tramwaj – taki starego typu, wyjący.
Potem przyjechała na chwilę nasza była dyrektorka ze swoim mężem. Poprosiłam ich, żeby mnie stamtąd zabrali, że chcę wrócić do domu. Kiedy już z nimi wychodziłam, chór właśnie ćwiczył Rotę. Idąc z nimi myślałam sobie – nic jej nie będę mówić jak mi tu źle. Znów się przyczepi, że jestem zgorzkniała, że ludzie przede mną uciekają, że ona też nie może słuchać moich narzekań. Już to przerabiałam, gdy była dyrektorką i wzywała mnie na dywanik.
W samochodzie mąż byłej dyrektorki opowiadał:
- Wszystkie główne ulice są już napromieniowane. To tak dla bezpieczeństwa. Na przyjazd premiera Węgier. W niektórych blokach też pozostawiono tabletki promieniotwórcze.
Wystraszyłam się i powiedziałam
- Ojej! Żeby tylko moja Miśka się tym nie zatruła.
Nagle samochód zatrzymał się. Mąż byłej dyrektorki powiedział – musimy zawrócić. Tędy nie pojedziemy. Naszykowali jakąś zasadzkę.
Samochód przechylił się niebezpiecznie na bok. Uznałam, że pewnie w jezdni jest wielka dziura na miarę przepaści, w którą zaraz wpadniemy.
I wtedy obudziłam się z uczuciem ulgi – jeszcze przed budzikiem.

“Życie z niepełnosprawnym dzieckiem nie jest nieszczęściem…” mówi pani ze szklanego ekranu “…To sprawdzian z miłości i człowieczeństwa.”
Ta, akurat… Mówi to takim grobowym głosem, że nie wierzę w ani jedno jej słowo.
\A dobrze, że wycofali tę pedofilską reklamę z ojcem wychowującym samotnie córkę.

Historia kompletnie zmyślona, ale inspirowana dzisiejszym wyciem sąsiada artysty.

“Mieszkam sobie w wielorodzinnym domu. pode mną mieszka taki zwariowany sąsiad, który głośno śpiewa wraz z babcią, która uwielbia się awanturować i z kilkoma agresywnymi psami. Pewnego dnia gdy tak sąsiad wył, zabrałam ze sobą metalowy rondel, zeszłam na dół i zaczęłam nim walić w drzwi.
Na ten odgłos drzwi otworzyła mi babcia sąsiada. Uderzyłam ją kilkakrotnie rądlem w głowę, kłótnia była na całą klatkę.
Kilka godzin później usłyszałam pukanie do drzwi.
- Kto tam!?
- Policja!
- O co chodzi?
- Przyszliśmy, bo pani pobiła sąsiadkę.
- Ależ skąd! Nie widzicie? Przecież jestem niewidoma. Zupełnie nic nie widzę. Przecież to apsurd. Przecież nie wiem, gdzie ta pani ma głowę. Nie byłabym w stanie w nią trafić. To jakaś bzdura. Kto inny ją pobił. Tu jej nikt nie lubi…”
;)

Nawiązując do dzisiejszego czytania, które słyszymy co roku ksiądz P od dzieci stwierdził, że nie powinno się “obwieszać deklaracjami”. Od razu pomyślałam o breloczku. Chyba faktycznie powinnam to odpiąć od torebki i powiedzieć o tym koleżance, która mnie na to namówiła. Jakoś tak odruchowo ukryłam go, żeby nie był widoczny.
Aha, i jeszcze to:
“Można iść w dobrym kierunku, ale w złą stronę.”

Miałam o tym napisać wczoraj, bo wczoraj się dowiedziałam, ale poczekałam na rozszerzenie tego wpisu. Dzisiaj to przeczytałam.
Może ktoś pamięta, jak pisałam o małej Zuzi z wadą serca. Rodzice zbierali na jej operację. Odbywały się koncerty na jej rzecz. A teraz już jest po wszystkim. Operacja się odbyła. Więcej można przeczytać tutaj

Czasem to nam odbija na maksa a jest do tego sposobność. W naszym pokoju odbywa się że tak powiem szeroko pojęte udostępnianie książek osobom z dysfunkcją, więc w tle gra sobie radio. No więc czasem jak usłyszymy jakąś piosenkę, która spowoduje u nas głupawkę albo wybuch emocji, no to całe piętro ma z nas ubaw. I tak stało się dziś.
Jest po trzynastej, w Trójce Piotr Baron prowadzi swoją audycję i puszcza tę piosenkę Coś w nas pękło. Jak nie daliśmy radia na ful, jak nie zaczęliśmy drzeć japy razem z Grzegorzem Markowskim, jak nie zaczęliśmy robić perkusji – on z podłogi i nóg a ja z biurka i rąk… Trzeba było to widzieć i słyszeć.
Większość pracująca na tym piętrze już się przyzwyczaiła do tego typu ekscesów, ale jedna koleżanka jeszcze nie. Po skończonej piosence zajrzała do nas i z politowaniem skomentowała całe zajście. My zaś po skończonej piosence powróciliśmy do swoich zajęć.
Panie redaktorze Baron! Nie puszczaj Pan takich grzałek po trzynastej, bo niektórym wtedy palma odbija np w pewnym pokoju na drugim piętrze w pewnej bibliotece.
Pamiętam, że kiedyś któregoś letniego popołudnia dostaliśmy małpiego rozumu, ale była to Makarena i raczej nie ten redaktor i nie ta stacja ale też było fajnie.

Najpierw miałam okropne sny. Śniło mi się, że miałam przekroczyć jakąś przepaść i ktoś – wiem kto, ale tu nie chcę pisać – złapał mnie tak za ręce i prawie przeniósł.
Potem było gorzej.
Śniło mi się, że właśnie było rano, miałam ubierać się do pracy, ale że się obudziłam wcześniej, to włączyłam komputer. Jak przyszło co do czego, to się okazało, że nie mogę go wyłączyć. Naciskałam jakiś przycisk, ale to nic nie dawało. Co się komputer wyłączył, to zaraz się włączał na powrót. No to w końcu wyjęłam wtyczkę z kontaktu, ale zrobiłam to jakoś tak nieszczęśliwie, że taki kikut z niej został. Wiedziałam, że nie mogę tego dotknąć, bo kopnie mnie prąd, więc wyszłam z pokoju.
Gdy wróciłam, to okazało się, że stamtąd dochodzi ciepło a potem usłyszałam trzask jakby ogniska.
Teraz to już naprawdę się przeraziłam. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy była – na pewno spóźnię się do pracy. Będę musiała zadzwonić do kierowniczki.
Potem narzuciłam na siebie szlafrok z myślą, że zaraz wybiegnę na klatkę schodową i zacznę krzyczeć – pali się!!! – Ale zanim wyszłam na klatkę pomyślałam sobie – trzeba jakoś zawinąć do góry zasłonę, żeby się nie zajęła od kontaktu – i wtedy obudziłam się – na kilka minut przed budzikiem.
Jednak emocje w związku z tym snem do tej pory mnie nie opuściły. Kolega z pokoju twierdzi, że jak śni się pożar, to muszę uważać na złodziei.
No nie wiem.
Już kiedyś śnił mi się pożar, ale wtedy był to piecyk gazowy w łazience i jakoś nikt mnie nie okradł i w ogóle chyba wtedy nic się jakiegoś niezwykłego nie wydarzyło.
A potem był poranek. Szłam na autobus do pracy. W przeciwieństwie do innych w ogóle nie wywinęłam orła, ale za to zdarzyło się coś innego.
Stałam już na przystanku no i jak to czasem bywa ludzie pytali na jaki autobus czekam a nawet dokąd jadę no i właśnie przy tym pytaniu padła skądś nienawistnym męskim głosem odpowiedź – No jak to gdzie? Do pezetenu! Na K…ską! Do tych dziadów!
Ale chyba nikt na tego faceta nie zwrócił uwagi.

Wyjazd do Lasek

19 Luty 2012

No co by tu powiedzieć?…
Byłam dzisiaj w Laskach a to dlatego, że dostaliśmy zaproszenie na zjazd chóru prowadzonego wiele lat temu przez siostrę B.
Żeby nie przedłużać i przybliżyć nieco tę postać powiem, że pisałam o niej tutaj a także tu a jest co poczytać.
W każdym razie rzecz dotyczyła chóru stworzonego już w czasie gdy ja pracowałam. Z resztą jedna z koleżanek z pracy śpiewała tam. Chór w przeciwieństwie do czasów, w których ja śpiewałam miał nazwę i trochę jeździł. Był nawet o dziwo mieszany, akompaniatorem był już ktoś inny, było w nim parę osób dorosłych i jeszcze była tam flecistka. Mam nawet ich płytę. Muszę ją kiedyś odkurzyć.
Otóż parę osób z tego chóru postanowiło skrzyknąć resztę i zrobić spotkanie z serii “pamiętamy”. Miał być koncert w internacie dziewcząt a potem obiad.
Zadzwoniłam do koleżanki, żeby zapytać o więcej szczegółów. Akurat koło niej była dawna wychowawczyni, co prawda nie moja, ale taka, co mnie pamiętała. Od razu stanowczo stwierdziła, że ja na pewno znam wejście do nowego internatu. Nie spodobało mi się to.
Jak się potem okazało, sporo osób się wykruszyło i zostało ich hm… no nie wiem ile… Zaledwie kilka.
Przed tym wyjazdem całą noc śniły mi się jakieś koszmary, że miałam jechać na konferencję do Lasek, że owszem – pierwszego dnia byłam ale drugiego dnia nie pojechałam, bo spóźniłam się na jakieś metro czy tramwaj, potem ktoś miał ze mną jechać, ale nie pojechał a reszta mimo że z powodu konferencji miała wolne od pracy po to by tam pojechać, to też nie pojechała i siedziałyśmy na kupie w jakimś pomieszczeniu i strasznie się nudziłyśmy.
Żałuję, że tam pojechałam. Ten pobyt był koszmarny.
Najpierw idąc takim pochyłym łącznikiem pomiędzy starym a nowym internatem przypomniał mi się pewien sen, do którego nie chce mi się teraz szukać linka. Jak już zorientowałam się, gdzie ten łącznik łączy się ze starym internatem, nagle uświadomiłam sobie, że dość dobrze pamiętam układ tego budynku. Czułam się taka wolna i niezależna. Mogłam pójść gdzie chciałam i nikogo nie pytać o drogę. Gdy już weszłam na starą dobrze znaną salę gimnastyczną, znalazłam sobie miejsce w ostatnim rzędzie krzeseł gdzieś w samym koncie, żeby mnie siostra B przypadkiem nie zobaczyła. Podchodziło do mnie parę osób, pytało, czy nie chcę przesiąść się do przodu. Nie chciałam.
A potem gdzieś obok mnie usiadły pracownice tego ośrodka – chyba jakieś nauczycielki. Nie chciały iść do przodu, żeby nie zajmować miejsca gościom. Siadły sobie pod ścianą i plotkowały dopóki koncert się nie zaczął.
A potem było koszmarnie. Kolejny sen mi się przypomniał albo seria snów właśnie z tą salą gimnastyczną w tle, z tą sceną, próbami do jakiegoś przedstawienia, gdzie ciągle zapominałam tekstu albo gubiłam gdzieś swoją rolę, do tego dochodziły utwory fortepianowe, których zapominałam na egzaminie. Taki był ten koncert.
Siadła jakaś do fortepianu, miała jeden utwór do zagrania, strasznie się myliła. Ktośtam stanął, zapomniał tekstu, znaczy zaciął się w pewnym momencie, ktoś mu podpowiedział. chór albo to co z niego zostało – śpiewał dość niestarannie, momentami nie trafiał w dźwięki. No i nasza gwiazda – najstarsza solistka. No cóż – z całym szacunkiem, ale ta gwiazda już gaśnie.
Nie było najlepszej sopranistki w tym chórze. Nie mogła. Ma teraz dużo poważniejsze problemy na głowie.
A zapomniałam dodać, że ta niunia co na początku grała na fortepianie i lepiej żeby nie grała, to potem też śpiewała coś solo… …i lepiej żeby nie śpiewała.
No staram się być wyrozumiała, ale trudne to jest.
No i te osoby zapowiadające – no z całym szacunkiem, ale… a może lepiej nic nie powiem. Taka maniera siostry B. Mam stare nagranie z naszego klasowego przedstawienia. Też mniej więcej w taki sposób mówiłyśmy.
Koszmar. Miałam ochotę stamtąd uciekać.
Potem przemówiła siostra B, która była wzruszona. A cóż ona innego mogła powiedzieć?
No i jeszcze przemówił prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Oświadczył, że Towarzystwo jest dumne z tego chóru no i ponieważ chórzyści są dorośli, to mogą wspierać Towarzystwo i być jego członkami.
A to dla mnie nowość. Nigdy nie sądziłam, że absolwenci tej szkoły mogą być członkami Towarzystwa i w ogóle o czymś decydować. No i ta duma z chóru… Coś do mnie dotarło z wielką siłą… Niby Towarzystwo Opieki a tak naprawdę to… …nie wiem, jak to powiedzieć… …tu nie o opiekę i nie o wsparcie chodzi lecz o to by znaleźć takie wzorce, nie wiem kogo, z kogo potem Towarzystwo może być dumne.
A potem wszyscy poszliśmy do nowego internatu na obiad. Nie powiem – siostry nie dały mi zginąć tzn zabłądzić ani zginąć z głodu, do nikogo się tam specjalnie nie odzywałam a jak zjadłam, to się wymknęłam.
Spotkałam dwie dawne wychowawczynie, które co prawda mnie nie wychowywały, ale mnie znają, więc pewnie się do czegoś przyczepią np w moim wyglądzie i będą miały o czym gadać.
A potem wyszłam z internatu. Szłam sobie drogą przez nikogo nie zaczepiana i wstąpiłam na kilka minut do zakładowej kaplicy. Bardzo lubię tam wstępować na kilka chwil jak jestem w Laskach. Tam jest absolutna cisza przerywana jedynie rytmicznym tykaniem zegara. Tam jest po prostu niezwykle. No więc posiedziałam tam trochę a właściwie poklęczałam a potem poszłam dalej w kierunku przystanku autobusowego. Po drodze dogoniła mnie jakaś bardzo fajna babeczka, z którą jechałam potem aż do Pl Wilsona. Bardzo radosne stworzenie. ;)
A jak tak słuchałam tego koncertu, to znów z wielką siłą dotarło do mnie, że jednak może ci widzący są od nas… …lepsi. Tak tak. Najbardziej z tego całego towarzystwa podobała mi się gra flecistki. Widzącej rzecz jasna.
Ech… Dobrze, że wróciłam stamtąd do normalnego świata, gdzie się o takich rzeczach nie myśli tak intensywnie, bo to brajlactwo jest jednak trochę rozcieńczone. ;)
Przykro mi, że to wszystko musiałam napisać, no ale co poradzę, że tak było.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.